depresja,  o mnie

Nie, nie żałuję niczego.

-Żałujesz? Zapytała mnie kobieta w czerni.
-Nie, nie żałuję niczego. Powiedziałam pewnym głosem.


Czego miałabym żałować… wreszcie robię to, na co mam ochotę.
Uczę się życia w zgodzie ze sobą. Sama ustalam rytm swojego dnia.

Za brak działania mogą obwiniać tylko siebie. Ba, bez skrupułów mogę sobie nawet na wrzucać. Ile wlezie.

Zamiast porannej kawy tuż po 6:00 w oszklonym pokoju na Portowej mogę napić się mimozy do śniadania. Do biura zawalonego kartonami i psimi smaczkami mogę wkroczyć już o 5:00 albo 10:00 rano. Nie zmieniając w pośpiechu piżamy, mogę zacząć pracować tak jak mi wygodnie. A w trakcie tej mojej niewymarzonej pracy mogę iść na długi spacer z Mijką. Mogę też się położyć i odpalić Simsy.

Zapytasz, dlaczego niewymarzonej? Bo takiej nigdy nie marzyłam, po prostu.


10 lat temu czułam, że szczebelki w korpo to mój świat, że moja droga to tylko drabina oparta o 100-metrową ścianę. A w głębi serca i dalekich marzeniach prowadziłam agroturystykę. A teraz marze o psiej gromadce i psiej agro. W miejscu, gdzie będziesz mogła przyjechać ze swoim piesełkiem. I to będzie najcudowniejsze miejsce na psiolubnej mapie.


Dlatego nie, nie żałuję, że mój świat runął. Że moje dzieciństwo, więzy krwi i życie, które kreowałam 28 lat, rozjebało się nagle… na miliony kawałków.
Nie, nie żałuję.
Czasem tylko tęsknię.


Tęsknię do tego, co wydawało mi się prawdziwe i szczere.
Do dziadka, który wydawał mi się najukochańszym dziadkiem.
Do myśli, że babcia tak o mnie dba.
Do ukochanej polonistki, która wystawiała mi dwóję za moje interpretacje i skojarzenia.
Do Lanego Poniedziałku, który zawsze był upalny, a chłopcy z sympatii łapali mnie w objęcia, by od stóp do głów zlać mnie wodą.
Do bycia małą dziewczynką, która wierzyła w bajkowe zakończenia i księcia na białym koniu. Nawet do tego księcia, który okazał się potworem. Który złamał moje serce i zdeptał moją kobiecość, szacunek do siebie i swojego ciała.


Dlatego nie, niczego nie żałuję.

A powoli nawet nie tęsknię, może nawet zapominam.

Zaczęłam swoje życie na nowo. Teraz go nie kreuje, teraz staram się żyć, jak najlepiej umiem.
Żyć tak, by za następne 10 lat usiąść w wygodnym fotelu i spojrzeć za okno.
Za okno, przez które będzie mi do pokoju wchodził las.
By powiedzieć sobie wtedy, że niczego kurwa nie żałuję.

Że to wszystko było po coś.

Powiedzieć sobie na głos, że nie żałuję swojego spontanicznego maila do Aleks z pytaniem o Klub Otwartej Szuflady.

Że nie żałuję każdego kolejnego projektu Alex i każdego kolejnego pisarskiego spotkania.

Że nie żałuję dnia, gdy pierwszy raz ubrudziłam się farbami.

Że nie żałuję dnia, w którym nastoletni pokój zamienił się w pobojowisko kartonowo smaczkowe.

Że pół tego pokoju to farby mazaki bloki i notesy.

Że nie żałuje swojego pierwszego tekstu na stronie Klubu Otwartej Szuflady czy pierwszego powieszonego swojego obrazu na ścianie.

Że nie żałuję tej pierwszej Mijowej biegunki o trzeciej nad ranem, czy tych wszystkich pogryzionych ubrań.

Ściętych na spontanie włosów, tatuażu i wszystkiego, co zrobiłam, by odnaleźć wreszcie siebie. By poznać, kim naprawdę jestem.
Nie żałuję, że pozwoliłam sobie na życie w zgodzie ze sobą.

– Cześć jestem Milena, mam 45 jestem szczęśliwą i spełnioną kobietą. To było kurewsko długa droga. Długa droga do tego, by zacząć tak naprawdę żyć, czuć, marzyć i kochać siebie.

– Pamiętasz jeszcze jak, to było 10 lat temu? Zapytam samą siebie. – Pamiętam i niczego nie żałuję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *