depresja,  o mnie,  rozkminy

Zamknę oczy…

Zamknę oczy i przyznam, że…
A może wcale nie przyznam. Otworzę je i pójdę dalej.
Wsiądę w pociąg i na chwilę ucieknę.

Zamknę w swojej głowie te szufladki, które powodują, że nie czuję się na siłach.
Boję się jednak je zamykać i uciekać. Zbyt długo tak było. Chowałam i uciekałam, zakładając na twarz maskę nr 52 z wyjściowym uśmiechem. Pielęgnowałam tę radosną maskę, szczęśliwej i spełnionej zawodowo Kobiety. Może już czas wyciągnąć ją z szuflady?
Pozbyć się jej. I uśmiechać się tylko wtedy gdy naprawdę czuje radość?

Czy żeby dojrzeć siebie musimy naprawdę dostać tak po dupie? Upaść tak nisko by spojrzeć na siebie z dołu? Wykopać największe koszmary i zmory z dzieciństwa? Grzebać w swoich wspomnieniach i to nie tylko tych dobrych?

I przychodzi taka chwila, że nagle zaczynasz rozumieć, skąd strach przed wodą, niechęć do mężczyzn, czy to cholernie dziwne uczucie, gdy nagle pragniesz znaleźć się w domu. W bezpiecznym miejscu.

Chciałabym wykrzyczeć każdemu, kto mnie w jakimś stopniu ukształtował, zabrał mi wrażliwość, niewinność. Pozbawił pewności siebie, wmówił, że jestem nie wartościowa, oszukiwał mnie, ranił.
Tak bardzo bym chciała, żeby każdy z tych ludzi wiedział, jak mnie skrzywdził.
Zabrał ten ból i to, co z niego wyrosło.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *